Polecam

Renowacja drewnianych schodów krok po kroku.

Renowacja drewnianych schodów krok po kroku.


Zrobiliśmy TO!

Nie było łatwo i zajęło nam to sporo czasu, ale udało nam się poddać renowacji nasze drewniane schody. 

Jeszcze niedawno  były mi solą w oku. Teraz nie mogę przestać się nimi zachwycać, podobnie jest z dotykaniem - aż się o to proszą:)

Ich głównym problemem był zniszczony i zżółknięty lakier, a od pewnego czasu także intensywne skrzypienie - każdy, kto chciał wejść wieczorem na górę, budził tych, którym udało się wcześniej zasnąć. Na czarnych metalowych elementach widoczne były niewielkie, ale dość liczne rysy. Całość zamiast zdobić - zaczęła szpecić i koszmarnie mnie irytowała. Skończywszy 23 lata - naprawdę potrzebowały odmiany i to głębszej, niż tylko powierzchowny lifting.

W końcu jednak nadszedł TEN DZIEŃ i Marcin znienacka oświadczył, że zrobimy to sami...

Przyznaję - perspektywa samodzielnej renowacji schodów to wyzwanie, którego się obawiałam - w końcu to mnóstwo pracy, na szczęście po raz kolejny okazało się, że niepotrzebnie.

Ponieważ głównym wykonawcą w naszym rodzinnym teamie jest Marcin - typowy perfekcjonista - od początku byłam pewna dwóch rzeczy - może i potrwa to długo, ale będzie idealnie.

Rozważaliśmy skorzystanie z usług profesjonalistów, jednak zniechęciły nas dwie rzeczy - długi czas oczekiwania (nawet kilka miesięcy) oraz wysoki koszt takiej usługi (6000-12000 tysięcy przy pełnej renowacji lub 150-350 zł za odnowienie jednego stopnia - schodów mamy 13 plus duża górna platforma - tu cena jak za normalny stopień x3). Oczywiście rozumiem, że za każdą pracę należy się odpowiednie wynagrodzenie, jednak w tym wypadku uznaliśmy, że posiadamy wiedzę, umiejętności i sprzęt wystarczający do samodzielnej renowacji.

Chcąc wszystkie prace wykonać jak najlepiej, postanowiliśmy nie uciekać się do półśrodków, czyli szlifowania stopni bez ich demontowania. I tu... zaczęły się schody ;)

Odkręcenie nie ruszanych przez niemal ćwierć wieku śrub - wymagało sporej siły, jednak Marcin szybko sobie z tym poradził. Problemem był demontaż stopni - każdy połączony jest balustradą zarówno z tym poniżej, jak i powyżej, a jedyny sposób to uniesienie jednocześnie całej balustrady. Tu wykorzystaliśmy bardzo sprytny patent - bardzo wytrzymałe i przeznaczone do dużych obciążeń pasy transportowe (lawetowe) z napinaczami - ponoć wystarczyłby jeden, my dla pewności użyliśmy dwóch - mocując je do górnej balustrady, a podnoszoną część zarówno owijając pasami, jak i zawieszając na hakach. By móc zdemontować stopnie, musieliśmy podnieść całość o jakieś 40 cm.




Kolejny krok - demontaż stopni - okazał się najłatwiejszy, wystarczyło odkręcić śruby łączące je z podstopnicami.

Pierwotny plan zakładał samodzielne szlifowanie starego lakieru. Tu muszę przyznać - to nie był najlepszy pomysł - nasze schody pokryte były szatańsko wytrzymałym lakierem, który nawet stary, zżółknięty i w wielu miejscach mocno zmatowiony - skutecznie opierał się szlifierce. Żmudna praca z opalarką czy cyklinami też wydała się nam mało zachęcająca, uznaliśmy więc, że potrzebujemy czasu na przemyślenie, co dalej. Na szczęście szybko w sukurs przyszedł nam szkolny kolega mojego taty, prywatnie - właściciel tartaku i stolarni :D

Zabrał nasze stopnie do swojego warsztatu, gdzie zostały przepuszczone przez wielką szlifierkę do płaszczyzn. I tu szok - drewno, z którego zostały wykonane, okazało się jaśniutkim, niemal białym jesionem ;) Zapłaciliśmy 320 złotych za całości to były najlepiej wydane pieniądze w ostatnim czasie ;)

Drewno okazało się być w bardzo dobrym stanie, stopnie miały kilka drobnych ubytków, które wypełniliśmy MASĄ SZPACHLOWĄ DO DREWNA DRAGON w kolorze JESION. Łatwo się z nią pracuje - cechuje ją duża przyczepność do podłoża oraz krótki czas schnięcia. Wypełnionych nią ubytków po wyschnięciu niemal nie widać.

Choć jasny kolor drewna nas zachwycił, postanowiliśmy całkowicie je odmienić. Zdecydowaliśmy się ich nie lakierować - zamiast tego użyliśmy OLEJU DO DREWNA ALTAX w kolorze PALISANDRU ANGIELSKIEGO - a więc bardzo zbliżonym do naszych kolonialnych mebli.

DLACZEGO WARTO WYBRAĆ OLEJ?

Bo to dla mnie najpiękniejsze wykończenie! Przyjemne w dotyku, bardzo estetyczne, a co najważniejsze - łatwe w utrzymaniu przez lata - oczywiście pod warunkiem właściwej pielęgnacji i regularnego olejowania. Przed taką decyzją należy się jednak dobrze zastanowić, ponieważ późniejsza chęć lakierowania raz olejowanej powierzchni oznacza konieczność jej zeszlifowania do surowego drewna - w przypadku schodów ma to ten mankament, że już strata 2-3 mm z wysokości drewna może oznaczać problemy z dopasowaniem później balustrady (przy prostych stopniach , w żaden sposób nie połączonych z tralkami/balustradą, tego problemu nie ma ;)

Wybrany przez nas produkt cechuje wysoka zawartość oleju tungowego, który jest najtrwalszym naturalnym olejem na świecie - świetnie zabezpiecza pokrytą nim powierzchnię, także przed czynnikami atmosferycznymi,

JAK NAKŁADAĆ OLEJ NA DREWNIANĄ POWIERZCHNIĘ?

Wypróbowaliśmy dwie metody - nakładanie szerokim, miękkim pędzlem oraz bawełnianą, dość mocno spraną, a przy tym - niekłaczącą się - szmatką. Obie są skuteczne, ale lepszy efekt uzyskaliśmy używając szmatki. 

Przed rozpoczęciem olejowania konieczne jest bardzo dokładne wymieszanie produktu. Mieszanie musimy co kilka minut powtarzać w celu niedopuszczenia do osiadania pigmentu na dnie. Przy jednym stopniu zaliczyliśmy wpadkę przy drugiej warstwie i jeden stopień był o 3-4 tony ciemniejszy od pozostałych, na szczęście czwarta warstwa całkowicie zniwelowała różnicę.

Olej nakładamy wcierając w drewno wzdłuż słojów - po nałożeniu jednej warstwy czekamy 10-15 minut, olej, który się nie wchłonął - rozcieramy wzdłuż słojów po całej powierzchni i nakładamy kolejną warstwę. Powtarzamy tak długo, aż drewno przestanie chłonąć olej. U nas nastąpiło to przy czwartej warstwie. 




Gdy dojdziemy do tego momentu - czystą, suchą szmatką usuwamy cały niewchłonięty olej - nie dopuszczając do powstania powłoki. Olejowaną powierzchnię zostawiamy na 24 godziny do całkowitego wyschnięcia. Wówczas bierzemy szmatkę delikatnie nasączoną olejem i polerujemy całość - znów nie dopuszczając do powstania powłoki.

Zgodnie z zaleceniami producenta, zamierzamy 1-2 razy w roku poddawać nasze schody zabiegowi pielęgnacyjnemu w postaci przetarcia olejem i wypolerowania.

JAK WYGLĄDA UŻYTKOWANIE OLEJOWANYCH SCHODÓW?

Na razie - rewelacyjnie! Musicie pamiętać, że moja obecna perspektywa to 7 tygodni - tyle minęło, odkąd skończyliśmy pracę. Niemniej - schody mają za sobą codzienne chodzenie po nich, także w butach z pośniegowym błotkiem, w efekcie mycie uniwersalnym płynem do podłóg czy ścieranie kurzu na sucho - to ma miejsce najczęściej, bo brud zdaje się w ogóle olejowanej powierzchni nie trzymać i utrzymanie schodów w czystości jest dziecinnie proste.

RENOWACJA BALUSTRADY I PORĘCZY.

Kute, metalowe elementy zostały przeszlifowane ręcznie z użyciem waty stalowej. Po odpyleniu i odtłuszczeniu - pomalowaliśmy je emalią BONDEX SMART PAINT w kolorze CZARNY KOT. To świetna, bardzo dobrze kryjąca emalia akrylowa, co dla nas bardzo ważne - idealnie matowa. Schnie błyskawicznie i jest niezwykle odporna - przekonaliśmy się o tym malując naszą KLASYCZNĄ BIELIŹNIARKĘ Z RATTANOWYM FRONTEM (zobacz)  Pomalowaliśmy nią również schodowe podkładki - poprzednie były już mocno zniszczone, wymieniliśmy je więc na zwykłe metalowe podkładki pod śruby - w czarnym kolorze są nie do poznania ;)

Górną, miedzianą część poręczy, wypolerowaliśmy miękką szmatką z użyciem papki z sody oczyszczonej i soku z cytryny. Poniżej widać efekt - górna część jest już po czyszczeniu - odzyskała ładny, błyszczący kolor:)


Jak oceniacie efekt?

Warto było podjąć się samodzielnej renowacji schodów?






Wypalanie wzorów lutownicą - deska z plastra jesionu.

Wypalanie wzorów lutownicą - deska z plastra jesionu.


Dziś przygotowałam dla Was coś wyjątkowego, mianowicie...

Ale po kolei ;)

Znacie moją fascynację drewnem - lubię się nim otaczać i tworzyć projekty DIY z jego wykorzystaniem. A że majsterkować też uwielbiam - co rusz powstaje coś nowego ;)

Mikołaj chyba też to wie - w tym roku przyniósł mi nowe narzędzia, które aż się proszą o kreatywne wykorzystanie - lutownicę i szlifierkę taśmową Ryobi. Akumulatorowe narzędzia z serii ONE+ na dobre zadomowiły się w naszej domowej pracowni - lekkie, poręczne, pozwalające na długą pracę nawet pomimo braku dostępu do prądu - sprawiają, że każdy majsterkowicz oddaje się swojej pasji z prawdziwą przyjemnością.

W tym roku razem z Marcinem chcielibyśmy pokazywać Wam więcej projektów DIY - pomysłów jak zawsze mamy mnóstwo, a w końcu pojawiła się realna szansa, że znajdziemy czas na ich realizację.

W tym roku na pierwszy ogień poszedł jeden z jesionowych plastrów, które od dawna czekały w pracowni na swoją kolej. Postanowiłam zrobić z niego deskę do serwowania, mogącą jednocześnie służyć jako podkładka pod gorące talerze lub garnki.



DESKA Z PLASTRA JESIONU Z WYPALONYM WZOREM LIŚCI

Czego potrzebujemy?

plaster drewna o grubości 4-6 cm - u mnie ma średnicę około 30 cm

ołówek

szablon malarski - wybrałam wzór liści monstery

taśma malarska

lutownica akumulatorowa Ryobi

szlifierka taśmowa Ryobi

olej lniany

pędzel lub miękka, niepozostawiająca kłaczków ściereczka


Plaster jesionu, który wykorzystałam, był już wcześniej wyszlifowany, zatem ominął mnie ten etap. Zależało mi na zachowaniu kory, przy jednoczesnej pewności, że po kilku dniach użytkowania nie zacznie się ona odkruszać od mojej deski. Używając wąskiej i poręcznej szlifierki taśmowej zeszlifowałam wszystkie te miejsca, w których kora trzymała się słabo lub miała odpryski/zadry.

Po odpyleniu całej powierzchni, do deski przykleiłam szablon z motywem liści monstery - wykorzystałam w tym celu taśmę malarską.

Ołówkiem delikatnie odrysowałam szablon na drewnie - ważne, by nie dociskać ołówka zbyt mocno, co w razie potrzeby pozwoli na wymazanie niechcianych linii, bez pozostawienia jakichkolwiek śladów.


Kiedy na drewnie odrysowałam już wszystkie elementy szablonu, przystąpiłam do wypalania wzorów za pomocą lutownicy. Zaczęłam od konturów:

Następnie wypełniłam wewnętrzną powierzchnię wzorów - szybkie, krótkie ruchy lutownicą pozwoliły na stworzenie wyraźnego, ale delikatnego wzoru. Lutownica Ryobi posiada mechanizm chroniący ją przed przegrzaniem - co kilka minut następuje chłodzenie, które jest dobrym momentem na krótką przerwę w pracy ;) 


Jeśli nigdy wcześniej nie próbowaliście swoich sił w pirografii, nie dziwcie się, że praca nie idzie tak szybko, jak można by przypuszczać. Mocne dociskanie lutownicy nic nie da, a możecie wypalić głębokie dziurki w niekoniecznie pożądanych miejscach, których ukrycie może być później problematyczne ;)

Po wypaleniu całego wzoru całą deskę pokryłam olejem lnianym - użyłam do tego niewielkiego pędzelka, ale świetnie sprawdzi się też miękka szmatka (choć do kory jednak polecam pędzelek, łatwiej dotrzeć nim w trudno dostępne szczeliny. Zaolejowaną deskę odstawiłam na kilka minut - wchłonęła cały olej.


W ten prosty sposób zyskałam uroczy kuchenny dodatek, z którego zamierzam często korzystać :) 




Wianek pachnący świętami, czyli #slodkielaczy

Wianek pachnący świętami, czyli #slodkielaczy

Lubię słodkie, choć staram się za często nie ulegać pokusom. Jednak w święta - udzielam sobie dyspensy i lubię od czasu do czasu zaszaleć. Naszą tradycją jest rodzinne przygotowywanie pierniczków, co już wielokrotnie Wam pokazywałam, dlatego dziś pierniczki będą, ale w zupełnie innej odsłonie :)

Świąteczne dekoracje to mój konik - pierwsze przygotowujemy często już w listopadzie, a - będę nieskromna, ale co tam ;) - nasza kreatywność nie ma granic :D

Tym razem zależało mi na stworzeniu świątecznego świecznika-stroika. Lubię naturalne dekoracje i w swoich projektach bardzo często je wykorzystuję. Tym razem postanowiłam iść o krok dalej i wykorzystać ozdoby nie tylko naturalne, ale również jadalne.

Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, że to powrót do korzeni - pierwsze dekoracje choinkowe w niewielkim stopniu przypominały współczesne bombki. Były to czerwone, wypolerowane do połysku jabłka wieszane na wstążkach, obwiązane sznureczkiem orzechy włoskie, ciastka i pierniczki, światy - ozdoby wycinane z opłatków, z czasem także suszone plastry pomarańczy.

Przyznam Wam, że Kornelia - nasz domowy łasuch - ma straszne opory przed wieszaniem pierników na choince. Bo przecież ciasteczka się zjada, a nie wiesza na choince, żeby się zakurzyły :) Choć pierwotnie miałam w planach właśnie tak udekorować jedną z naszych choinek, zgodziłam się iść na kompromis i - zainspirowana przez Diamant  i świąteczną akcję #slodkielaczy - przygotować wianek, pachnący tym wszystkim, co kojarzy mi się ze świętami :)


WIANEK PACHNĄCY ŚWIĘTAMI - CZEGO POTRZEBUJEMY?


wianek z żywych lub sztucznych gałązek

pierniczki

kawałki cynamonu

gwiazdki anyżu

orzechy

plastry pomarańczy

cukier puder Diamant

lukier ;)

* przepis gęsty lukier : ubij sztywną pianę z jednego białka, powoli dodawaj po łyżce cukru Diamant do polewy - będziesz potrzebować około 250 g - dodaj tyle, by uzyskać konsystencję bardzo gęstej śmietany.


Zaczynamy od przygotowania suszonych plastrów pomarańczy - oczywiście możecie kupić gotowe, jednak nic nie zastąpi tych zrobionych własnoręcznie.

Pomarańcze kroimy ostrym nożem na plastry grubości około 5 mm, w środek każdej możemy wbić jeden lub więcej goździków. 

Przed suszeniem posypujemy plasterki - z obu stron - cienką warstwą cukru pudru - dzięki temu po wysuszeniu nabiorą pięknego połysku.

Plastry pomarańczy najłatwiej ususzyć w suszarce do owoców, warzyw i grzybów. Inna skuteczna metoda to suszenie w piekarniku - plastry układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, nagrzewamy piekarnik do 100 stopni (80 stopni w przypadku piekarnika z termoobiegiem) i suszymy przez 3 do 5 godzin (w zależności od grubości plastrów). Plastry obracamy na drugą stronę co około pół godziny.

Zaczynamy od wianka z gałązek - możemy ułożyć go na dużym talerzu lub dekoracyjnej tacy.

Zaczynamy od plasterków pomarańczy - możemy ułożyć je tylko na wianku lub przykleić... używając gęstego lukru ;) Tak samo postępujemy ze wszystkimi innymi dekoracjami.

Jako następne dodajemy pierniczki - u mnie wszystkie dekorowała - samodzielnie! - Kornelia :)

Jako następne dodajemy gwiazdki anyżu:

Przepięknie wyglądają niełuskane migdały - one także znalazły się na naszym wianku :)

Cynamon to dla nas absolutny must have :)

Jako ostatnie dodałam orzechy - niewiele, bo dość opornie trzymały się dzięki lukrowi ;)

Voila!

Nasz wianek gotowy!

W środek wystarczy wstawić świecę:

Po więcej pomysłów na oryginalne i... pyszne dekoracje oraz słodkie prezenty zapraszam Was na stronę www.zima.slodkielaczy.pl - gwarantuję, że wyjdziecie mocno zainspirowani ;)


Karp, czyli slow life po polsku.

Karp, czyli slow life po polsku.


Gdybym spytała Was o potrawę, która najbardziej kojarzy się Wam ze świętami, jaka byłaby odpowiedź? Idę o zakład, że w pierwszej trójce znalazłby się karp;)

Złocisty smażony, w galarecie, jako baza zupy rybnej, a w wielu domach - także świątecznego barszczu. U nas jest podobnie, jednak karpia nie traktujemy jako przysmaku jedynie bożonarodzeniowego i często pojawia się na naszym stole - bo po prostu go uwielbiamy!

Oczywiście - we Wigilię stanie w centralnym punkcie stołu (albo i trzech, żeby każdy miał blisko;), ale sięgamy po niego równie chętnie, jak po pstrągi, łososia czy dorsza. 

Choć w powszechnej świadomości funkcjonuje jako ryba jedzona w święta od zawsze, to w istocie ta tradycja została zapoczątkowana dopiero po drugiej wojnie światowej w ramach akcji władz PRL z 1947 roku "Karp na każdym wigilijnym stole w Polsce". Skąd ta nagła fascynacją tą znaną przecież od wieków rybą? Oczywiście z prozy życia i ekonomii - zniszczona flota bałtycka nie była w stanie dostarczać odpowiedniej ilości ryb, a karp jako jedyny był stosunkowo łatwo dostępny, we względnie krótkim czasie można było wówczas rozpocząć zarybianie stawów i hodowlę na szeroką skalę.

Sama zaś hodowla idealnie wpisuje się w jakże mi bliski nurt slow life - uważnego życia, w którym znajdujemy czas na to, co najważniejsze - budowanie wartościowych relacji, chwile poświęcone rodzinie i sobie, samorozwój. Nie, kochani, nie bredzę - hodowla karpia wymaga uważności, serca i... czasu.

Wiecie, że historia to mój konik - interesuje mnie wszystko, co nas otacza, lubię WIEDZIEĆ - także to, skąd wzięło się to, co ląduje na moim talerzu ;) Oczywiście i przeszłość karpia musiałam wziąć pod lupę i wnikliwie ją prześledzić.

Karpie trafiły do Polski za sprawą czeskich cystersów spod Milicza już w XII wieku - cztery stulecia później ilością stawów hodowlanych Rzeczpospolita ustępowała jedynie Czechom - stawy zakładano na nieużytkach, a w Małopolsce i na Śląsku hodowla karpia była równie powszechna jak uprawa zbóż. Siedemnastowieczne wojny, podczas których ze stawów spuszczano wodę i wyławiano karpie z przeznaczeniem na wyżywienie dla wojsk, sprawiły, że popularność karpia spadła. Zmieniło się to dwa wieki później, wraz z wyhodowaniem karpia królewskiego - nowej odmiany o stosunkowo małej głowie i grzbiecie wygiętym w łuk - tej, która obecnie jest najpopularniejsza.

Mimo upływu lat - zasady hodowli pozostają niezmienne - trwa ona trzy lata i przez cały ten czas prowadzona jest w zgodzie ze środowiskiem naturalnym i najwyższą troską o dobrostan zwierząt. Między majem a czerwcem ryby odbywają tarło, czyli okres godowy. Po kilku dniach z ikry wykluwają się larwy karpi, czyli wylęg. Odławia się go i przenosi do większych stawów, gdzie dzięki obfitym zasobom planktonu i pod opieką rybaków rośnie, stając się lipcówką - mierzącym po 4-5 centymetrów narybkiem. Jesienią przenosi się je do kolejnych stawów, gdzie rosną nadal i przygotowują się do zimy. Wiosną drugiego roku trafiają do kolejnych stawów, w którym żywią się już nie tylko planktonem, ale również dostarczanym przez rybaków zbożem. Do jesieni ich waga zwykle osiąga 300 g, a one same - miano kroczków. Wiosną trzeciego następują ostatnie przenosiny - do stawów, gdzie karmione przez całe lato zbożem, do jesieni karpie osiągają wagę 1,8-2 kilogramów. To moment, gdy jako wspaniały dar natury i owoc trzyletniej pracy rybaków - są gotowe, by trafić na nasze stoły. Nie da się tego procesu przyspieszyć - to naturalny, niezmienny cykl, dzięki któremu możemy cieszyć się najwyższej jakości mięsem, bogatym w aminokwasy, witaminy i składniki mineralne. 

Mięso karpia jest średniotłuste - bogate w kwasy omega 3 i omega 6 oraz w łatwo przyswajalne białko. W smaku bardzo delikatne, jest świetnym składnikiem zrównoważonej diety. Przyrządza się je niezwykle łatwo - wiele ciekawych przepisów można znaleźć w książkach poświęconych kuchni żydowskiej, a mniej tradycyjne, choć równie pyszne - czekają na Was na stronie Karpiujemy.pl. Oczywiście największą popularnością cieszy się karp w panierce, jednak zapewniam Was - nie warto się do niego ograniczać! 

Właśnie dlatego przygotowałam dla Was przepis na karpia w pestkach - mieszance ziaren słonecznika, dyni, sezamu i siemienia lnianego. Choć to dość niecodzienne zestawienie, zapewniam Was, że nie pożałujecie :)

KARP W PESTKACH - SMAŻONY LUB PIECZONY

SKŁADNIKI:

2 płaty karpia, najlepiej filetowane

1-2 jajka

po 3-4 łyżki pestek słonecznika, dyni, siemienia lnianego i sezamu

opcjonalnie - pół łyżeczki nasion czarnuszki

sól

pieprz

olej do smażenia

1 średnia cytryna

opcjonalnie - mleko do wymoczenia karpia

Karpia możemy sami sprawić i wyfiletować - ostrym nożem poprzecznie nacinamy filet w pionowe paski o grubości 2-3 mm - musimy przy tym uważać, by nie naciąć skóry. Rozdrobnione w ten sposób ości wytopią się w podczas smażenia. Filety kroimy na kawałki o szerokości 5-6 cm. Ja przed smażeniem moczę je przez 2-3 godziny w mleku - nie jest to konieczne, wystarczy dokładnie je umyć i osuszyć papierowym ręcznikiem. 

Kawałki karpia oprószamy solą i pieprzem, obkładamy plasterkami sparzonej przed pokrojeniem cytryny i odkładamy na około pół godziny.

Każdy kawałek moczymy w rozmąconym jajku.

Następnie obtaczamy w mieszance pestek. 

Teraz do wyboru mamy dwie opcje - smażenie lub pieczenie. Jeśli zależy nam na wersji mniej kalorycznej - kawałki obtoczonego w nasionach karpia układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy przez około 35-40 minut w piekarniku nagrzanym do temperatury 180 stopni. Druga możliwość to smażenie - smażymy karpia przez 3-4 minuty z każdej strony.


Po usmażeniu odsączamy kawałki ryby z nadmiaru tłuszczu na papierowym ręczniku.

Podajemy z ulubioną sałatką i plasterkami cytryny.
Smacznego :)

Więcej niebanalnych przepisów z karpiem w roli głównej znajdziecie na stronie Karpiujemy.pl , gdzie serdecznie Was zapraszam 😊