Polecam

Serce domu, czyli kilka słów o organizacji kuchni.

Serce domu, czyli kilka słów o organizacji kuchni.

Mam wrażenie, że całe życie przeżyłam w bańce, która nagle pękła. Uczyłam się o zarazach i epidemiach - i wydawało mi się, że to zdarzenia, które na zawsze już pozostaną bezpiecznie zamknięte na kartach historii. A jednak się myliłam.

Obecna sytuacja mnie niepokoi, sporo też zmienia w naszym codziennym życiu. Zaburzeniu uległ nasz codzienny harmonogram, Kornelia właściwie cały dzień spędza w domu, nie ma mowy o jakimkolwiek "jedzeniu na mieście", a do tego na dowóz - brak mi zaufania. W naturalny sposób to najważniejsze obecnie z przykazań - #zostańwdomu - sprawiło, że nasze życie zaczęło się toczyć wokół kuchni i w dużym stopniu - także salonu, jednak o nim w następnym poście.

W kuchni - Kornelia postanowiła nauczyć się gotowania i pieczenia. Cóż, sama to lubię, ponoć też potrafię, więc przyjęłam to oświadczenie z radością. Odkąd mamy nową kuchnię, a w niej funkcjonalne meble- spędzam tu czas z radością. Zawsze uwielbiałam gotować, cieszy mnie więc, że moje dziecko jest tym zainteresowane. 

Dbamy o ciekawe smaki, pozwalamy sobie na małe przyjemności w rodzaju domowej chałki, ale przede wszystkim staramy się jeść zdrowo i kolorowo :) Często to podkreślam, jednak właśnie teraz, gdy nasze zdrowie i odporność mają szczególne znaczenie - będę powtarzać do upadłego - dbajcie o prawidłowe odżywianie! Żyjąc w czasach właściwie nieograniczonego dostępu do wszystkich możliwych produktów - mamy pod tym względem łatwiej niż kiedykolwiek. 

Kiedy 3 tygodnie temu połowa Polaków rzuciła się w panice do sklepów i zaczęła robić niekontrolowane zapasy - nas właściwie to ominęło. Dlaczego? Bo przygotowana jestem zawsze i nie bez znaczenia jest tu przemyślana organizacja i sprytne sposoby na przechowywanie produktów w kuchni.

Tym, czego nie może u mnie zabraknąć, są przede wszystkim produkty z długim terminem przydatności - 2-3 rodzaje mąki, pełnoziarniste makarony, brązowy ryż, kasze, orzechy, płatki owsiane i jaglane, passata, kakao, miód, fasola i ciecierzyca w puszce, ziarna słonecznika, dyni i chia, przyprawy, domowe konfitury i dżemy, ogórki kiszone. Wszystkie produkty staram się - najlepiej od razu po zakupie - przekładać do szklanych słojów ze szczelnym zamknięciem - panicznie boję się moli spożywczych, które kilka lat temu przywędrowały do mnie od sąsiadki i z którymi toczyłam wojnę niemal przez trzy miesiące. Łatwo przechowuje się je w dużych szufladach - projektując kuchnię, zadbałam o to, by wszystkie dolne szafki stanowiły wyłącznie szuflady - uważam to najwygodniejsze rozwiązanie. Same zaś słoje - mniejsze i większe - wykorzystuję także do serwowania niektórych posiłków - chociażby jaglanki czy owsianki, łatwo je też zabrać ze sobą do pracy.

Wybierając garnki i patelnie - staram się stawiać na jakość - dla trzech osób nie potrzebuję ich wiele, dlatego tym istotniejsze, by były dobrej jakości. Patelni używam często, ale głównie do beztłuszczowego duszenia (ewentualnie na oliwie), jednak najczęściej wykorzystuję piekarnik. 

Oprócz walorów smakowych - ma to niezaprzeczalną zaletę - potrawy właściwie robią się same, a mi pozostaje ustawienie prawidłowej temperatury i wyjęcie o określonej godzinie. Dodatkowa zaleta - łatwo przygotować na raz większą porcję, co oszczędza zarówno czas, jak i pieniądze:) Obecnie na tapecie(talerzu?;) najczęściej mamy jajka w awokado i kolorowe szaszłyki - to mi się chyba nigdy nie znudzi.


Nie zależało nam na upychaniu na siłę stołu (ach, nie mogę się już doczekać, kiedy pokażę Wam, co się u nas ostatnio przy nim dzieje;) w naszej długiej i wąskiej kuchni, ponieważ mamy na niego wystarczająco dużo miejsca w salonie. Jednak chcieliśmy mieć coś, co sprawdzi się w roli stołu na śniadania - właściwie zawsze jemy je tylko w dwuosobowym (choć zmiennym) składzie i tak pojawił się pomysł wyspy kuchennej. Jeśli podejrzewacie, że głównym motywem, który mną kierował była chęć posiadania dodatkowego miejsca dla moich roślin - nie mylicie się, ale cicho sza;)

Co 2-3 miesiące czuję potrzebę przestawienia jej - i wciąż jeszcze nie zdecydowałam, które ustawienie jest lepsze, jednak wydaje mi się, że do kwestia pory roku - jesienią i zimą lepiej prezentuje się na wprost okna, wiosna i latem - bokiem. A to oznacza, że chyba powinnam zabrać się za przestawianie...

Wracając jednak do rzeczy niezbędnych w kuchni - u mnie należą do nich chlebak (nie cierpię trzymać pieczywa w szafce), duży wybór drewnianych desek kuchennych (mam też jedną szklaną - do ryb), 2-3 tace, a poza tym szkło, szkło i jeszcze raz szkło - słoje, dzbanki, miski, talerze, spora kolekcja naczyń żaroodpornych - takie naczynia najłatwiej utrzymać w czystości.

Wiecie, czego najbardziej nie znosiłam w poprzedniej kuchni?

Wiecznego braku miejsca i zastawionego blatu. Obiecałam sobie, że nowa musi pomieścić wszystko - tak, by na wierzchu zostało tylko to, co absolutnie niezbędne. I całkiem nieźle udało mi się ten plan zrealizować!

Kiedy pogoda i temperatury nie pozwalają na uprawianie ziół na balkonie - przenoszę, co tylko się da do kuchni. Zresztą przez cały rok lubię mieć pod ręką przynajmniej 2-3 doniczki, podskubywać i dodawać do wszystkiego;)
(Spokojnie - bluszczem rodziny nie karmię, załapał się do zdjęcia podczas odciekania po cotygodniowej kąpieli w zlewie;)

Ważnym elementem wystroju naszego mieszkania jest mobilny ogród wertykalny - w najkrótsze dni roku stawiamy go naprzeciwko południowych okien. I wiecie co? On tak świetnie do tej kuchni pasuje, że Marcin obiecał zbudować mi drugi - z przeznaczeniem na zioła :D

A jak Wy zorganizowaliście swoje kuchnie?

Bez czego ich sobie nie wyobrażacie, a czego najchętniej od ręki byście się pozbyli?

Domowy płyn dezynfekujący, czyli życie w czasach zarazy.

Domowy płyn dezynfekujący, czyli życie w czasach zarazy.

Pandemia nie jest stanem, wobec którego jakikolwiek normalnie myślący człowiek jest w stanie przejść obojętnie. Strach też jest w tej sytuacji naturalny, powiem więcej - jest dobry, jeśli skłania nas do prawidłowych zachowań, chociażby większej dbałości o odporność i higienę. 

Nie bójcie się, nie będzie to kolejny blogowy post pt. "Co robić w domu w czasie kwarantanny?", ani mi w głowie tłumaczyć Wam "zrób to, na co dotąd nie miałeś czasu" czy polecać jakieś własne stare artykuły - na to za bardzo wierzę w Waszą inteligencję i szanuję własną ;)

Niemniej - ostatnie dni mocno namieszały w naszym codziennym funkcjonowaniu - Kornelia nie chodzi do szkoły ani na żadne dodatkowe zajęcia, nie jeździmy do kina czy na basen, zrezygnowaliśmy niemal ze wszelkich kontaktów interpersonalnych - poza tymi, które są stricte powiązane z pracą. Zresztą przemieszczamy się już właściwie wyłącznie na trasie dom-praca-dom. Posiadanie sklepu spożywczego oznacza, że nie możemy spędzić bitych dwóch (4? 6? a może 8?) tygodni stosując dobrowolną izolację i narodową kwarantannę, wychodząc jedynie po najpotrzebniejsze zakupy. Bo to u nas te zakupy można zrobić...

Czy się boję?

Oczywiście, jestem pełna obaw, tym większych, że każdego dnia spotykam się z wieloma klientami - czasem takimi, dla których zalecenia WHO czy Ministerstwa Zdrowia to bzdura, absurd albo powód do żartów. Mimo to - nie pozwalam, a przynajmniej staram się nie pozwalać, by rządziła mną panika. Zresztą - zdecydowana większość rozumie, że stan zagrożenia epidemiologicznego wiąże się ze znacznymi ograniczeniami i potrafi je zaakceptować.

Skoro nie zamierzam udzielać Wam ratujących życie porad, jak uciec nudzie czy wytrzymać kilka dni sam na sam z własną rodziną, z menu opartym na makaronie i toaletowym w roli najcenniejszego z papierów wartościowych - jaki mam plan na dziś?

Prosty ;)

Powiem Wam, jak my sobie radzimy.

Chwilami - ja nie radzę sobie wcale. Kiedy ktoś się przy mnie rozkaszle - nie zasłaniając nawet ust - wpadam w panikę, zaczyna działać efekt placebo, a ja nagle odkrywam u siebie mnóstwo niepokojących objawów. I czuję się po prostu źle. Na szczęście - to wszystko mija, gdy wracam do domu, wrzucam ubranie do pralki, a cala szoruję się dokładnie od stóp aż po koniuszki włosów. Pracuję w rękawiczkach, co chwilę myję ręce i dokładnie je potem dezynfekuję. Tak często i dokładnie, że moja atopowa skóra po trzech dniach się zbuntowała do tego stopnia, że na dłoniach zaczęła pękać i krwawić. Kiedy zaczęły nam się kończyć żele antybakteryjne, a Marcin zapomniał kupić butelki spirytusu - rozwód wisiał na włosku. Na szczęście ominęłam mnie marketowa walka o ostatnią paczkę schabu i potem kolejka do kasy i trzy godziny kitrania owego świńskiego kawałka pod dziesięcioma paczkami makaronu, dla niepoznaki przykrytego grubą warstwą ośmiopaków papieru toaletowego i warzyw na samej górze - te jakoś w ostatnim szaleństwie schodziły najwolniej. Jak mi się udało? Zwyczajnie - zamrażarkę i spiżarkę wypełniłam po brzegi już miesiąc temu ;) Czy nagle mi przeszło? Właściwie tak - kiedy już zdobyłam spirytus - czując się nieco jak w czasach prohibicji - i zrobiłam zapas domowego płynu dezynfekującego - o nim za chwilę. Całkowity spokój spłynął na mnie wraz z czterema butelkami odkażacza od zaprzyjaźnionej manicurzystki. I dobrze, bo gotowa byłam zacząć łykać pramolan jak dropsy. 

Dziś się z tego śmieję, ale jeszcze w piątek byłam w emocjonalnej rozsypce. Bez Marcina i jego zdrowego rozsądku - sprawiałabym dość żałosne wrażenie. Dlatego - z nikogo się nie śmieję, rozumiem, szanuję i trzymam kciuki, żeby Wam jak najszybciej przeszło.

Choć izolujemy się od świata na tyle, na ile możemy - staramy się pozostawać w codziennym kontakcie z rodzicami, dziadkami i starszą ciocią. Do znudzenia wręcz tłumaczymy, że choć brak nam osobistych kontaktów - to jest najlepszy w tej chwili wybór.

Jemy zdrowo - jak zawsze.

Dbamy o higienę i porządek w domu - jak zawsze.

Rozmawiamy ze sobą i mamy milion sposobów na wspólne spędzanie czasu - jak zawsze.

Codziennie wietrzymy mieszkanie - też jak zawsze - pomieszczenie po pomieszczeniu, ciesząc się przy okazji ciepłym wiosennym słońcem.

Nie powiem Wam więc, co macie teraz czytać, w co bawić się z dziećmi czy o czym rozmawiać z mężem. Bo jeśli nie wiecie - to sorry, ale problem niekoniecznie leży w koronawirusie i na bank nie zaczął się w Wuhan.

Ja szydełkuję jutowe kosze, wertuję bez przerwy nasz dość bogaty zbiór starych książek o uprawie roślin i grzebię we własnych doniczkach, Kornelia uczy się gotować i śpiewa co najmniej dwie godziny dziennie, a Marcin nadrabia zaległości w hiszpańskim kinie - to jest dobre DLA NAS :)

Powtórzę natomiast do znudzenia - słuchajcie zaleceń!

Jeśli tylko możecie - zostańcie w domu, ograniczcie kontakty z najstarszymi członkami rodziny, zwłaszcza na linii pra/dziadkowie-wnuki, a zakupy róbcie online albo szybko i w sklepie po sąsiedzku.

Jeśli spokój ducha znajdujesz w modlitwie i coniedzielnej mszy - pamiętaj, nie musisz być świętszy od papieża, a Boga nosi się w sercu - niekoniecznie w murach kościoła, bez względu na opinię ortodoksyjnych purpuratów.

Jeśli wśród Twoich krewnych są osoby starsze i samotne - bądź z nimi w stałym kontakcie telefonicznym, podczas własnych zakupów - zadbaj też o te dla nich, pomóż zorganizować wyjścia z psem czy wymianę kociej kuwety. Czym człowiek starszy - tym zwykle ciężej mu prosić o pomoc, nie chce być ciężarem czy "wykorzystywać" bliskich. Wybij mu to z głowy i pomagaj z uśmiechem - także w tych na pozór prozaicznych sprawach. Wiesz, że starsze osoby najczęściej wszystkie opłaty robią w pocztowym okienku czy kasach poszczególnych instytucji? Wytłumacz, że możesz to dla nich zrobić on line - po wszystkim wydrukuj im potwierdzenie, poczują się pewniej mając wszystko "na papierze". Podobna opieką otocz też starszych sąsiadów - nie tylko tych sympatycznych, bo właśnie ci nielubiani mogą najbardziej potrzebować pomocy.

Jeśli w prywatnym rachunku sumienia odkryjesz skłonność do hipochondrii - nie biegnij z byle katarem do przychodni, a już zwłaszcza - nie ciągnij tam dziecka. Choć obecnie i tak zapewne nie zostałbyś przyjęty, więc postaraj się przezwyciężyć nieufność względem teleporad.

Jeśli zżerają Cię wyrzuty sumienia - bo może wcale nie zamierzasz podczas siedzenia w domu nadrabiać zaległości, czytać, odbywać onlinowych sesji psychoanalizy czy przepracowywać traum z pierwszej pracy - odpuść. Jeśli akurat na to masz ochotę - odpal netflixa, zjedz lody, zagryź pringelsem. Świat się nie skończy, nawet jeśli - o zgrozo - dziecko raz na podwieczorek dostanie nic nac'sy i obejrzy z Tobą Zmierzch (mea culpa, ale co tam;).

Z rzeczy poważniejszych - jeśli wiesz, że bez kontaktu ze światem zewnętrznym się nie obejdzie - zaopatrz się w płyn dezynfekujący - jeśli z kupnem gotowego wciąż jeszcze masz problem, wystarczy, że masz spirytus - zaraz dostaniesz przepis. Nie zapomnij też o dobrym kremie nawilżającym - wszystkie tego typu środki strasznie wysuszają skórę. 

Zapobiegaj! Często myj ręce, kaszląc lub kichając - zakrywaj usta i nos (byle nie dłonią!), zachowuj jak największą odległość od osób z jakimikolwiek objawami chorobowymi.  

Jeśli zachorujesz - w większości przypadków to nie będzie żaden covid, a normalne o tej porze przeziębienie. Zadbaj o siebie i obserwuj, umów się na teleporadę medyczną, a jeśli mieszkasz sam - powiadom o swoim stanie kogoś bliskiego i pozostań z nim w stałym kontakcie. Jeśli uznasz, że masz podstawy obawiać się, że to jednak zakażenie koronawirusem - utrzymuje się gorączka powyżej 38 stopni, występuje suchy kaszel i/lub duszności, pojawia się dodatkowo katar i/lub ból mięśni - nie pędź do szpitala czy przychodni, tylko zadzwoń - chociażby na infolinię NFZ -> 800 190 590. Możesz też skontaktować się z powiatową stacją sanitarno-epidemiologiczną.

Jeśli sytuacja sprawi, że zostaniesz objęty kwarantanną - skrupulatnie przestrzegaj jej zaleceń i poddaj się związanym z nią ograniczeniom. Bezwzględnie pozostań w kwarantannie, jeśli właśnie wróciłeś do Polski z miejsc z ogniskami choroby - nawet jeśli nikt Cię nie kontroluje.

Jeśli jesteś zdrowy i potrafisz znaleźć miejsce, co do którego masz podejrzenie graniczące z pewnością, że nie natkniesz się na innych ludzi - możesz wyjść na spacer czy pobiegać po lesie.

Obecna sytuacja epidemiologiczna zmieni cały otaczający nas świat i - czy się nam to podoba, czy nie - nie powstrzymamy tego. Całkiem realną perspektywą jest kryzys gospodarczy - wiem, że to także w wielu z Was wywołuje lęk, chociażby o utrzymanie miejsc pracy czy swoich firm. Jestem sceptyczna, ale mam nadzieję, że rządzący zrobią wszystko, by jak najbardziej złagodzić jego skutki. Oby.

Jednak w tym wszystkim najważniejsi jesteśmy MY i nasze zdrowie. Brzmi jak truizm, ale to prawda. Dlatego dbajmy o siebie i swoich bliskich. Tylko tyle i aż tyle :)

A poniżej - obiecany przepis:


Kilka słów wyjaśnienia - alkohol niszczy wirusy, ale dopiero w wysokim stężeniu - absolutne minimum to 60%, a najlepiej powyżej 70%.

Spirytus rektyfikowany ma 95% i  bez rozcieńczenia może mocno uszkodzić skórę (testowałam w ramach "po co rozcieńczać i ryzykować, że słabiej zadziała";).

Nie musicie używać żelu czy soku aloesowego, bez gliceryny też się obejdzie, jednak ich dodatek przynajmniej w pewnym stopniu złagodzi skutki częstego kontaktu alkoholu ze skórą.

Naturalne olejki herbaciany i sosnowy (lawendowy też) - mają właściwości antybakteryjne, ale przy takiej porcji spirytusu - ich rolą jest głównie zapobieżenie roznoszeniu wokół siebie ciągłego zapachu gorzelni ;)





Jak urządzić dziecięce przyjęcie (nie tylko) urodzinowe?

Jak urządzić dziecięce przyjęcie (nie tylko) urodzinowe?


Jeśli zadalibyście mi to pytanie jeszcze kilka miesięcy temu, odpowiedź byłaby szybka - zlecić to innym. Mea culpa, czasem prawdziwa ze mnie Matka Roku, ale choć dzieci uwielbiam, to dwudziestka rozbawionych cztero-, pięcio- czy sześciolatków w domu - to już zdecydowanie nie moja bajka.

Bez cienia żenady przyznaję - jestem ogromną fanką wszelkich imprez zorganizowanych, gdzie rola rodzica sprowadza się do wypisania zaproszeń, wybrania tematu przewodniego, tortu i menu - i zapłacenia za wszystko.

Imprezy dla dorosłych czy typowo rodzinne przyjęcia to inna bajka i tu już lubię wszystko - lub przynajmniej zdecydowaną większość - przygotowywać sama. Ponieważ Kornelia to dobra obserwatorka, a od jakiegoś czasu nie czuje już potrzeby zapraszania na swoje przyjęcia całej grupy/klasy (czyli w porywach 25 osób) - w tym roku zażyczyła sobie zorganizowanie imprezki w domu.

Cóż, nie ze mną te numery, postanowiłam więc być przebiegła i jako alternatywę zaproponowałam urodziny na basenie. Nie zastanawiała się ani przez chwilę, zabawa była przednia, a animatorzy pokazali prawdziwe mistrzostwo świata - dzieci wyszły zmęczone, ale szczęśliwe. I na tym by się skończyło, gdyby nie pewien "mały" szczegół - w tym dniu nie mogła przyjechać ani ukochana kuzynka, ani dwie ulubione koleżanki, co Kornelia - oczywiście, gdy emocje już opadły - bardzo mocno przeżywała...

I choć mogę być "wyrodna" pod pewnymi względami, nie lubię patrzeć na smutek swojego dziecka - zwłaszcza w sytuacji, gdy mam świadomość, jak łatwo mu zaradzić ;) Szybko zapadła decyzja - robimy drugie urodziny w domu. Taka zabawa w małym gronie nie jest u nas żadnym novum - Młoda często urządza podwieczorki dla dwóch-trzech koleżanek, jakieś już doświadczenie mam, tym razem musiałam jedynie dodać stosowną oprawę.

Uwielbiam samodzielnie tworzone dekoracje, ale imprezka zbiegła się w czasie z przeplatanką ferii, wizyt lekarskich, zamknięciem roku i nawałem pracy, więc znów biję się w pierś - szybko zaczęłam szukać gotowych rozwiązań na dekoracje, co było tym łatwiejsze, że nasze dziecko doskonale wiedziało, czego chce :D

Uzbrojona w szczegółową listę życzeń - ruszyłam na podbój Perfect Party - sklepu z dekoracjami na przyjęcia - wieczory panieńskie, śluby, baby shower, urodziny (dla solenizantów w każdym wieku) czy imprezy okolicznościowe - np. walentynki lub halloween.

Niezwykle szeroki asortyment sprawia tak naprawdę tylko jedną trudność - dokonanie wyboru nie należy do łatwych:)Moje wytyczne były proste - ma być pastelowo, najchętniej różowo i koniecznie z dodatkiem połysku - innymi słowy - całkowicie nie po mojemu, ale szanuję prawo Kornelii do własnego gustu i wyborów. To zresztą jest kluczowe nie tylko przy wyborze kolorystyki, ale o tym za chwilę.

Nie jestem ekspertem w dziedzinie psychologii dziecięcej, ale często zdarza mi się mieć pod opieką małe stadko,  a w nim prawdziwie wybuchową mieszankę charakterów i temperamentów, całkiem przyzwoicie sobie z tym radzę, pokusiłam się więc o stworzenie małego poradnika przyjęciowego - mam nadzieję, że w komentarzach podzielicie się swoimi doświadczeniami :)


JAK URZĄDZIĆ PRZYJĘCIE DLA DZIECI - KRÓTKI PORADNIK DLA RODZICÓW

1. Pamiętaj o najważniejszym - to impreza Twojego dziecka. Jako rodzic - jesteś niezbędna/y - ale w roli organizatora i głównego wykonawcy. Uważnie wysłuchaj, czego pragnie Twoje dziecko i bądź otwarty na jego propozycję.

Oczywiście nie musisz się na wszystko zgadzać i dziecko powinno od początku wiedzieć, że pewne rzeczy mogą okazać się niemożliwe (jednorożce są fajne, ale nie zawsze wykonalne będzie sprowadzenie ich na imprezę;). Razem musicie wypracować kompromis pomiędzy marzeniami i możliwościami.

2. O urodzinach dziecka wiesz przez cały rok, jeśli więc obawiasz się, że mogą nadmiernie nadszarpnąć Twój budżet, stwórz wcześniej prosty system oszczędzania, chociażby do przysłowiowej świnki-skarbonki.

* 50 groszy dziennie przez rok daje 182,50 zł
* złotówka dziennie to już 365 złotych
* jeśli wolisz tygodniowe oszczędzanie - odkładając 5 zł co tydzień - po roku masz 260 zł
* 10 zł tygodniowo pozwoli oszczędzić 520 zł
* budżet układasz na początku/końcu miesiąca? 30 zł co miesiąc to 360 zł po roku, 50 zł miesięcznie da Ci aż 600 zł

3. Jeśli decydujesz się zorganizować dziecku przyjęcie - włóż w to serce i wykaż entuzjazm! Nie ma nic gorszego niż robienie czegoś na siłę i wbrew sobie - dzieci czują i rozumieją więcej, niż nam się czasem wydaje.

4. Zaplanuj wszystko z wyprzedzeniem - myślę, że optymalne będą 2-3 tygodnie. Odpowiednio wcześniej zaproś też wybranych przez dziecko gości - jeśli obawiasz się, że impreza może kolidować z czyimiś dodatkowymi zajęciami - zwłaszcza w przypadku tych dzieci, na których obecności Twojemu zależy najbardziej - wcześniej skonsultuj datę z ich rodzicami - pozwoli to uniknąć rozczarowań.

5. Oceń, ile osób możecie zaprosić - rozbrykana piętnastka będzie się świetnie bawiła w ogrodzie, ale jeśli jest zima, a Ty dysponujesz M2 - warto zmniejszyć tę liczbę ;)

6. Pozwól dziecku zdecydować, kogo chce zaprosić. W przedszkolu sympatie i antypatie zmieniają się jak w kalejdoskopie, w szkole - mam wrażenie, że pod tym względem jest nieco łatwiej ;)

7. Zdecyduj, czy sam/a przygotujesz poczęstunek i tort. Jeśli tak - zgromadź wszystkie potrzebne składniki 2-3 dni wcześniej, zarezerwuj też odpowiednią ilość czasu na przygotowania. Jeśli nie - wcześniej (zwykle wystarczy tydzień) zamów go w sprawdzonej cukierni. 



8. Wspólnie z dzieckiem ustal, na jakich dekoracjach czy motywie przewodnim mu zależy. Ozdoby możecie przygotować sami lub zdecydować się na zakup gotowych - w Perfect Party znajdziecie aż trzydzieści kolekcji Party , które ułatwią Wam decyzję - każda to pogrupowane tematycznie i kolorystycznie imprezowe gadżety - od balonów i butli z helem, poprzez papilotki i topery do muffinek, aż po girlandy, serpentyny czy kurtyny. 


Jeśli jesteście minimalistami, ale mimo to chcecie sprawić dziecku radość - możecie wybrać jeden z gotowych zestawówBox of decorations to niemal pięćdziesiąt elementów, które oczarują małego solenizanta i jego gości.

9. Jeśli dysponujesz odpowiednią przestrzenią - w pokoju dziecka zorganizuj miejsce do zabawy, a poczęstunek podaj w innym pomieszczeniu. Pozwoli to na łatwiejszą organizację, zapobiegnie też wdeptaniu tortu w dywan czy rozlaniu soku na łóżko ;) 

Podając poczęstunek np. w salonie - dekoracje możesz ograniczyć do stołu, pozwól natomiast dziecku zaszaleć z nimi w jego pokoju - pamiętaj przy tym, że jego estetyka może być skrajnie różna od Twojej i to, co Tobie wydaje się "nie pasować" - dla niego będzie ideałem i spełnieniem marzeń :)

10. Nie irytuj się, jeśli coś pójdzie nie tak, babeczki nie wyrosną tak idealnie, jak oczekiwałaś/eś, a dziecko uzna, że czerwone balony w złote kropki najlepiej pasują do pastelowo-niebieskiego pokoju. Może nie pozwoli Ci to na zrobienie idealnych zdjęć na insta, ale to nie Ty jesteś tu najważniejsza/y;)

11. Nawet jeśli uczysz dziecko zawsze i wszędzie sprzątania po sobie (słusznie!) - ten jeden raz w roku zastanów się, czy nie warto odpuścić ;)


Tyle na dziś mojego wymądrzania się ;)

Razem z Perfect Party przygotowałam dla Was jeszcze jeden wpis, a w nim nie tylko pomysły na piękne dekoracje do zrobienia w kilka minut (tak, tak, jednak nie mogłam się powstrzymać;), ale też zestaw prostych przepisów - na tort, babeczki i jeszcze kilka pyszności - które zawsze się udają i wszystkim smakują:)

Ciekawi?
Kolorowe poduszki jako dekoracja salonu.

Kolorowe poduszki jako dekoracja salonu.

Dopiero co pokazywałam Wam nasz odmieniony salon gotowy na święta, a już wiele zdążyło się w nim zmienić. Zniknęła choinka, mnogość lampek, świąteczne dekoracje...

Zawsze mam z tym problem i nierzadko zdarzało mi się rozbierać choinkę pod koniec... lutego. Kiedyś pobiłam wszelkie rekordy i zrobiłam to przed Wielkanocą ;)

Tym razem jednak aż mnie nosiło, potrzebowałam zmian i kolorów - w dużej mierze na przekór paskudnej szarudze za oknem. Oczywiście nie w głowie mi żadne wielkie rewolucje - wszak dopiero co skończyliśmy remont i choć co prawda Marcin planuje już następny, to ja zdecydowanie nie jestem jeszcze w formie na takie wyzwania. Prowadzę ostatnio tryb życia leniwca - poduszkowca i ciekawie się złożyło, że właśnie ten ostatni miał spory wpływ na poświąteczną aranżację salonu :)

O czym mowa?

O odkrytym przeze mnie niedawno sklepie o jakże wdzięcznej nazwie... Poduszkowiec :)

To prawdziwy raj dla fanów oryginalnych poduszek i poszewek - w ofercie jest obecnie ponad 500 wzorów, w szerokiej palecie kolorów i w różnych stylach. Moje ukochane boho czy etno - proszę bardzo! Wolisz scandi? Ależ oczywiście! Jesteś minimalistą? Znajdziemy dla Ciebie maxi wybór ;)

Króluje welur i gruba bawełna o przepięknym splocie. Kolory są żywe, nasycone - dokładnie takie jak lubię :)
Jeśli zastanawiacie się, czy ta panna powyżej przypadkiem nie jest aby moją faworytką, to... macie rację :D  Kolorowa poszewka Etno w aztecki wzór to dla mnie mistrzostwo świata - jest symetria, są odważne kolory, jest po prostu idealna :)

Jeszcze niedawno byłam przekonana, że potrzebuję kolorystycznego odwyku, wyciszenia, zanurzenia się w spokojne szarości - jedynie z dodatkiem zieleni moich ukochanych roślin. Ale nie potrafię! Kolory są mi potrzebne niczym powietrze, dopiero otoczona nimi potrafię czuć się naprawdę dobrze, pracować i odpoczywać. Czy potrafię je ze sobą łączyć? Cóż, jeszcze nikt nie narzekał, choć moje wybory nie zawsze są oczywiste ;)

Granatowa kanapa jest piękna i co najważniejsze - bardzo wygodna, jednak lepsze jest wrogiem dobrego i poduszki jeszcze podnoszą komfort wylegiwania się na niej ;)

W naszym domu jedną z głównych ról gra drewno - przede wszystkim cudownie ociepla wnętrze, ale też wyznacza pewne ramy, w których dokonujemy później wszelkich zmian. 

Czy jesteśmy wierni jednemu stylowi?

Nie, choć najsilniej inspiruje nas styl kolonialny, boho i urban jungle - bardzo łatwo je ze sobą połączyć, tworząc eklektyczną mieszankę wzorów, kolorów, roślin i drewna oczywiście. Co prawda Marcin podejrzewa, że najchętniej zamieszkałabym w orientalnym namiocie rodem z tysiąca i jednej nocy, jednak nie oszukujmy się - to nie na nasz klimat ;) Mimo to - nie może u nas zabraknąć lampionów i oczywiście poduszek - wprowadzają delikatne orientalne akcenty, które tak bardzo mnie zachwycają.

Wiem, że wielu z Was obawia się wielkich wnętrzarskich rewolucji - i wcale mnie to nie dziwi. Wiecie, że Polacy malują mieszkania średnio co 5-7 lat? Czy to oznacza, że przez tak długi czas nie warto niczego zmieniać?

Skądże!

Czasem wystarczy niewiele - nowy dywan, ciekawe doniczki, kosz na pledy czy własnie moje ulubione poduszki - i w kilka chwil jesteśmy w stanie odmienić każde wnętrze. Jedna kolorowa poduszka może wskazać Wam kierunek przyszłych małych wielkich zmian - wystarczy się odważyć i choć raz wyjść poza schemat - zapewniam Was, że możecie być zaskoczeni efektem.

Wiecie, że poduszki towarzyszą ludzkości już od starożytności? Pierwsze ich ślady znaleziono podczas wykopalisk w starożytnej Mezopotamii i Egipcie. Co ciekawe, z współczesnymi poduszkami łączyło je tylko przeznaczenie i... kształt - prostokątny blok z litego drewna z zaokrąglonymi bokami i z wgłębieniem na głowę pośrodku. W Chinach pojawiły się nieco później, ale również przeznaczone były niemal wyłącznie dla władców i arystokracji i także były twarde - wykonywano je z drewna, bambusa, brązu, czasem nefrytu lub nawet porcelany. Zgodnie z ówczesnymi wierzeniami poduszki musiały być twarde, co miało pobudzać siły witalne organizmu i korzystnie wpływać na krążenie. Zmianę formy poduszki i ukształtowanie jej na wzór tych znanych nam współcześnie zawdzięczamy Grekom i Rzymianom, którzy postanowili postawić na wygodne rozwiązania poduszki zaczęto wykonywać z tkanin, czasem skór i wypełniać je słomą, trawą czy gęsimi puchem - w takiej formie znacznie podnosiły komfort wielogodzinnego biesiadowania. Niemal do końca XV wieku poduszki stanowiły domenę arystokracji - bogate damy często tworzyły prawdziwe poduszkowe dzieła sztuki pokrywając je bajecznymi haftami. Poduszki ocieplały wnętrza ponurych i zimnych zamczysk, zabierano je też do kościoła, gdzie pełniły funkcję klęczników. Powszechnie dostępne stały się mniej więcej w XIX wieku - właśnie w czasach wielkiej rewolucji przemysłowej rozpoczęła się ich produkcja na skalę masową, dzięki czemu trafiły niemal do wszystkich domów. Biorąc pod uwagę ten historyczny kontekst - cieszą się, że nie muszę spać czy odpoczywać na kamiennym bądź drewnianym bloku ;)

Poduszki, które widzicie u nas, wybrałam z kolekcji BOHO - są szalenie energetyczne, a choć przykuwają wzrok - nie są krzykliwe. Choć każda jest inna, starałam się, by wybór był spójny, dlatego łączą je granatowe i niebieskie akcenty, które idealnie współgrają z kanapą, fotelem i ławką - to drobna nowość - zdecydowaliśmy się na nią, by służyła w dość nietypowej funkcji - czegoś na kształt podnóżka dla dwojga ;)
Jak widać - nasz domowy ogród wertykalny potrafi się świetnie odnaleźć także w salonie. Jego wszechstronność sprawia, że mam ochotę na stworzenie jeszcze jednego, także mobilnego, ale w zupełnie innej formie... Marcin już stwierdził "rozrysuj, co i jak, to pomyślimy", więc jest szansa na nowy ciekawy projekt :)

Wróćmy jednak do salonu - wiele razy pisałam Wam o tym, że dzięki południowej orientacji i czterem oknom, jest bardzo ciepły. Co prawda niemal codziennie odpalamy kozę, jednak naszym roślinom zdaje się to nie przeszkadzać, co przy pilnowaniu odpowiedniej wilgotności powietrza ma nawet sensowne uzasadnienie - wszak to wszystko są rośliny tropikalne, w naturze rosnące w wysokich temperaturach. Na czas palenia - scindapsus pictus ląduje na stoliku. Szukam dla niego idealnego miejsca, tu także już mam pewien pomysł i mam nadzieję niebawem go zrealizować.

A jak wyglądają Wasze salony?

Czego nie może w nich zabraknąć?

Może są jakieś dekoracje czy dodatki, bez których nie jesteście w stanie uznać wnętrza za dokończone i kompletne?



Dokarmianie ptaków zimą - czy, jak i czym dokarmiać?

Dokarmianie ptaków zimą - czy, jak i czym dokarmiać?

Kiedy byłam mała, właściwie każda zima oznaczała mnóstwo śniegu i trzaskające, kilku dziesięciostopniowe mrozy. Jej początek wiązał się też z rozpoczęciem dokarmiania ptaków - do naszego karmnika najczęściej przylatywały sikorki, wróble, gołębie i kawki, czasem pojawił się dzięcioł. Wieszaliśmy im paski niesolonej słoniny, wysypywaliśmy ziarna pszenicy, słonecznika, dyni czy siemienia lnianego, kasze, orzechy czy suszone jesienią owoce. Miałam niesamowitą frajdę obserwując ptasią jadłodajnię.

Choć zimy od kilku lat są znacznie łagodniejsze, my nadal pamiętamy o corocznym dokarmianiu - w pewnym stopniu także dlatego, by Kornelia mogła obserwować ptaki. Ważne jest jednak nie tylko to, by dokarmiać, ale przede wszystkim - by robić to mądrze, bowiem nasza niewiedza może przynieść ptakom więcej szkody niż pożytku.


O CZYM PAMIĘTAĆ PRZY DOKARMIANIU PTAKÓW?

SYSTEMATYCZNOŚĆ - decyzja o dokarmianiu ptaków powinna być podjęta ze świadomością, że nasza pomoc tylko wtedy będzie miała sens, gdy zadbamy o regularność - uzupełnianie i sprzątanie karmników, zapewnienie dostępu do wody.  Ptaki mają swoją pamięć - nauczone przylatywać na posiłek w jedno miejsce, nie będą szukały pożywienia gdzie indziej, a jego brak w wyznaczonym miejscu może okazać się dla nich tragiczny w skutkach. Kiedy pogoda na zewnątrz waha się w okolicach zera, często pada - wówczas szczególną uwagę powinniśmy poświęcić usuwaniu psujących się resztek.


DOBRE - BEZPIECZNE! - MIEJSCE - wybór właściwego miejsca dla naszego karmnika jest niezwykle istotny. W miarę możliwości powinno być osłonięte od wiatru, np. w głębi ogrodu czy za ścianą budynku. By zapewnić ptakom maksimum bezpieczeństwa np. przed kotami, idealnie, gdy wokół rosną drzewa lub krzewy o drobnych, ale gęstych i najlepiej kłujących gałązkach - pozwala im to nie tylko na szybką ucieczkę, ale i wcześniejsze obserwowanie miejsca posiłku.  Ważne jest także, byśmy my sami mieli względnie dobry dostęp do karmnika - by uzupełnić w nim zapasy lub sprzątnąć resztki i odchody.


UTRZYMANIE CZYSTOŚCI - w karmnikach typu domek, do wnętrza których ptaki mogą wlecieć/wejść, bardzo ważne jest utrzymanie czystości, regularne usuwanie odchodów oraz resztek pożywienia - zwłaszcza przy temperaturach powyżej 0 stopni. Prostym i skutecznym sposobem jest wyłożenie "podłogi" karmnika warstwą grubej folii aluminiowej, zamocowaną np. za pomocą taśmy dwustronnej. Porządki przeprowadzamy nie rzadziej niż raz na dwa tygodnie.



WŁAŚCIWY POKARM - jest kluczowy w odpowiedzialnym dokarmianiu ptaków. Głodne zwierzęta są w stanie zjeść wszystko, co im podamy, dlatego tak ważne jest, żebyśmy im nie zaszkodzili.

CZYM DOKARMIAĆ PTAKI?

ziarna zbóż

pestki słonecznika, dyni, siemienia lnianego, konopi

płatki owsiane, żytnie etc.

kasze

orzechy

suszone owoce - bez cukru, oleju palmowego i konserwantów (często suszone owoce to prawdziwa tablica Mendelejewa i ze zdrowiem niewiele mają wspólnego)

gotowane - NIESOLONE! - warzywa (te np. z rosołu - odpadają)

gotowe mieszanki nasion dla dzikich ptaków - do kupienia w sklepach zoologicznych, ogrodniczych, czasem w marketach

tłuszcz zwierzęcy - słonina w paskach, łój

masło orzechowe 100% - bez soli i innych dodatków


WODA - choć nastręcza to pewnych trudności, zapewnienie do niej dostępu i częste wymienianie/uzupełnianie jest szczególnie ważne podczas mrozów.


JAK PODAWAĆ PTAKOM POKARM?

Suchy - możemy wysypywać bezpośrednio do karmnika. Możemy też stworzyć mieszanki, w których tłuszcz stanowi spoiwo. Taką masą możemy wypełnić np. wydrążone połówki pomarańczy, kubeczki po jogurtach czy łupinę kokosa. 

Ja użyłam w tym celu dużej szyszki piniowej oraz... kolorowych foremek do babeczek.

Jak?

Już wyjaśniam:)


KARMNIK DLA PTAKÓW Z DUŻEJ SZYSZKI

CZEGO POTRZEBUJEMY?

4-6 łyżek suszonych owoców - u mnie to śliwki i żurawina
2-3 łyżki płatków owsianych lub np. żytnich czy mieszanki 5 zbóż
2-3 łyżki pestek - u mnie słonecznik
2-3 łyżki orzechów - u mnie włoskie
garść orzeszków ziemnych (wyłuskać)

1-2 łyżki masła orzechowego

100-150 g niesolonego smalcu bez dodatków



Zaczynamy od stopienia smalcu.

Dodajemy masło orzechowe i resztę składników, dokładnie mieszamy i odstawiamy na pół godziny w chłodne miejsce, by całość lekko stężała.

Kiedy masa wciąż jest miękka, ale już nie lejąca się - możemy przystąpić do napełniania szyszki (i nie tylko ;)


Wypełniamy całą szyszkę naszą ptasią karmą:


Szyszkę zawieszamy na mocnej wstążce bądź sznurku:

Na dworze mieszanka jeszcze bardziej stwardnieje, ale dodatek masła orzechowego nie pozwoli zmrozić jej na kość nawet podczas dużych mrozów.

Poniżej - przykład tego, JAK NIE NALEŻY WIESZAĆ naszego mini karmnika - na pochyły pień drzewa bardzo łatwo mogą wspiąć się koty i stanowić zagrożenie dla ptaków. Jedną szyszkę zostawiamy jednak zawsze w takim miejscu ze względu na wiewiórki, których sporo w okolicy i które uwielbiają się u nas stołować ;)


MINI KARMNICZEK Z PAPILOTKÓW DO MUFFINÓW

Papierowe papilotki do muffinów delikatnie nacinamy i przez powstały otwór przewiązujemy mocny sznurek bądź wstążkę. 



Wypełniamy je naszą ptasią mieszanką:


Gotowe mini karmniczki wieszamy wysoko wśród drobnych gałązek: