Czy moje przemalowane młynki zasługują na "WOW"? To już musicie ocenić sami. Mi wyjątkowo podoba się ta mała metamorfoza - i świetnie wpisuje się w
mój pomysł na kuchnię , w którym ostatnio coraz częściej czerń i złoto dochodzą do głosu.
Część z Was wie, ze uwielbiam stare młynki - nieważne czy do kawy, czy pieprzu. Mam ich całkiem sporo, wszystkie sprawne, choć w ciągłym użyciu jest tylko część. Niektóre są do siebie bardzo podobne, bo gdy trafiają do mnie- wyznaję zasadę, że darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda;) Podobnie, gdy buszuję na starociach - gdy tanie, ładne i ze zdrowym drewnem- biorę, nawet gdy nie potrzebuję. Jak ten komplet znalazł się u mnie - już nie pamiętam. Ważne, że stał i się kurzył. Postanowiłam więc na nim poeksperymentować...

Wyszorowałam, przeszlifowałam lekko, odtłuściłam. Dlaczego to takie ważne? Zwłaszcza przy przedmiotach, które stały w kuchni, mogą się na nich osadzać drobinki nie tylko kurzu, ale i tłuszczu. W najgorszym stanie zwykle są te z domów z kuchenką gazową. Całe przygotowanie do malowania nie zajmuje dużo czasu, a zmniejsza ryzyko, że farba może spływać albo później się łuszczyć. Od środka, w otworki, przez które wylatują przyprawy, napchałam pocięte na kawałki wykałaczki i całość dodatkowo obkleiłam (bo nie wydaje mi się, by lakier, którego używałam, miał atesty do kontaktu z żywnością). A do malowania odkręciłam góry- każdy kawałek pokryłam lakierem osobno, nawet metalową zatyczkę do młynka- w ten sposób odpadła konieczność obklejania przy zmianie kolorów.
Muszę Was ostrzec- jeżeli przedmiot, który malujecie ma jakieś niedoskonałości - metaliczne złoto jeszcze je uwypukli, na moim młynku widać to zwłaszcza przy dole. Mi nie przeszkadza, ale takie są fakty;)
I na koniec moje ulubione zestawienie;)
Niedługo zobaczycie inną metamorfozę- metalowego młynka. Dziś pokazuję jej skrót- finału nie ma, bo wszystko popsułam:

Jak?
Pierwszy błąd to użycie złotego sprayu Colours- w niektórych miejscach po prostu spływał, strasznie rozpryskuje się na boki i niestety ma bardzo intensywny zapach. Drugi błąd - za szybko zerwałam taśmę zabezpieczającą- choć może to jednak nie do końca moja wina- lakier spływając przesiąkł przez taśmę. Na szczęście błędy już zeszlifowane i jutro poprawiam Śnieżką. Na obronę pierwszego lakieru mogę tylko powiedzieć, że kolor ma piękny, są niemal identyczne.
Znów choruję- mam wrażenie, że sezon grypowy wokół mnie uparcie nie chce się skończyć. Jakimś pocieszeniem są coraz wyraźniejsze wiosenne symptomy;)
Choć wszem i wobec deklaruję, że minimalistką nie jestem, mój salon coraz częściej zdarza mi się tak w myślach określać, chyba więc będę musiała na nowo się określić;)
Naprawdę jakoś coraz mniej mi potrzeba do wnętrzarskiego szczęścia i zamiast kupić coś nowego- co rusz z czegoś rezygnuję... A jak jest u Was ze stołami właśnie? Obrus? Bieżnik? Mnóstwo dekoracji? Czy stan surowy jak u mnie?