Polska farba na polską kieszeń. Farby kredowe Vittorino.

Wbrew obietnicom składanym samej sobie - zabrałam się za malowanie farbami kredowymi. Po rocznym związku wyłącznie z emaliami, postanowiłam dać tym pierwszym kolejną szansę. Podtrzymując swoje spostrzeżenia na temat PRAWD I MITÓW O FARBACH KREDOWYCH (klik), stwierdzam jednak, że moja sympatia do nich stopniowo rośnie, a wszystko dzięki nowej - polskiej! - marce, którą odkryłam dosłownie na własnym podwórku.

Mowa o farbach Vittorino z pracowni Hag-Art. I od razu podkreślam - NIE JEST to wpis sponsorowany, lecz rzetelna- choć oczywiście subiektywna- recenzja. Recenzja, której na próżno szukałam w internecie, a szkoda, bo te farby zdecydowanie zasługują na uwagę.

FARBY VITTORINO - OGÓLNA CHARAKTERYSTYKA

Farby przeznaczone do stosowania na różnych powierzchniach - od drewna, wikliny i metalu, poprzez plastik, MDF i glinę, aż do ścian czy szkła. Przyjemnie zaskoczyła mnie ich świetna przyczepność i praktyczne niewystępowanie ślizgania się pędzla po malowanej powierzchni - nawet bez podkładu. 

Wyjątkowo gęste - jak dla mnie aż za bardzo, ale świetnie maluje się nimi z użyciem mokrego pędzla (dla mnie wygodniejsze i dające lepszy efekt niż rozcieńczanie farby).
Bez rozcieńczania idealne do malowania wzorów z użyciem szablonów - za pomocą pędzla gąbkowego.
Tak, dobrze widzicie, Vittorino konsystencją przypominają bardzo gęstą śmietanę, co też mocno przekłada się na ich końcową wydajność (nawet do 15m2/L).


Świetne krycie - często już przy pierwszej warstwie, dwie w zdecydowanej większości przypadków są absolutnie wystarczające. 

25 kolorów do wyboru - to sporo, jednak brakuje mi niektórych mocnych, intensywnych kolorów - głębokiego granatu, klasycznej czerni, ognistej czerwieni i palety farb metalicznych. 
Wybór pasteli - szeroki i ciekawy. Kolory można ze sobą łączyć, czego przykład możecie zobaczyć chociażby przy moim szmaragdowym stoliku.

Każdy z kolorów dostępny w 3 pojemnościach - 250 ml, 500 ml i 1 litr. Dodatkowo do kupienia jest wzornik kolorów - 25 pojemniczków po 10 ml - niewiele, ale wystarczająco, by nabrać wyobrażenia o poszczególnych odcieniach.


Linię farb uzupełniają woski do stylizacji (tradycyjne, czyli bezbarwny, biały, czarny plus dodatkowo 5 kolorowych), lakier o wysokiej odporności (idealny do zabezpieczenia blatów i innych mocno eksploatowanych powierzchni) oraz zwiększające przyczepność farby podkładowe (biała i grafitowa; przydatne przy "trudnych" powierzchniach - mdf, szkło, powierzchnie wcześniej bejcowane itd.)

Twórczynią marki Vittorino i pracowni Hag-Art jest Agnieszka Hołodniak - od pierwszego dnia urzekła mnie swoja pasją, którą wprost promienieje. 

Tak, tak, to właśnie Ona - oczywiście przy pracy- jak zwykle;)

Podejrzewam ją o zaawansowane stadium zespołu niespokojnych rąk, bo oprócz farb- tworzy także bajkowe wręcz SZABLONY MALARSKIE - na stronie sklepu dostępne jest już niemal 200 wzorów, ale Agnieszka realizuje także indywidualne zamówienia, więc możliwości są niemal nieograniczone (czego świadkiem będziecie niebawem u mnie;).

Uwielbiam ludzi z pasją, tym bardziej, gdy udaje im się przekuć ją w pracę. A że z natury jestem ciekawska i po prostu fascynują mnie takie historie, nie byłabym sobą nie biorąc jej na spytki;)
*******

Agnieszko, co było pierwsze - malowanie mebli czy farby? 

Mam kolegę, który od wielu lat zajmuje się renowacją mebli. Jest najlepszym renowatorem jakiego znam. Spod jego ręki wychodzą takie cuda, że wcześniej to nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić, że coś takiego można tworzyć. Ze skrzyni na kartofle potrafił wyczarować największe piękności na świecie. To on nauczył mnie oczyszczać meble, kłaść politurę, nawet pokazywał, jak robić intarsję i snycerkę, ale do tego jestem za tępa ;)

Kiedyś przysłał mi zdjęcia, jak przerobił całe wnętrze domu, w którym kiedyś sam robił cały wystrój. Domu przerobionego ze stodoły, który sama bardzo dobrze znałam. Była tam kuchnia z drewna dębowego, wcześniej robiona na ciemny brąz i trochę mebli eklektycznych- oczywiście również ciemny brąz.

I on tę kuchnię i te meble przymalował na biało! Jak to zobaczyłam, to mnie zatkało (wcale nie z podziwu- tylko ze złości) i niemalże się na niego obraziłam, że on, najlepszy na świecie renowator, przemalował meble jakąś farbą na biało i zamalował drewno! Długo to trawiłam zanim dojrzałam do tego żeby to strawić przyjąć i polubić ;)

I nastał taki dzień w moim własnym domu, kiedy musieliśmy zrobić generalny remont- głównie dlatego, że fachowiec zniszczył nam dach, zalało wszystko do pierwszego piętra i zrobił się w domu Sajgon. Jednak dzięki temu remontowi odkryliśmy kilka wspaniałości w naszym mieszkaniu - jedną ścianę ceglaną i przepiękne bawole okienko w salonie. Ale te właśnie odkrycia spowodowały tumany brudu, kurzu i bałaganu w trakcie remontu, więc pomyślałam, że skoro i tak syf to przemaluję sobie meble (szczególnie jedną komodę, która była tak ciemnobrązowa, że niemal czarna i strasznie jej nie lubiłam). Napisałam do mojego kolegi o porady, jak się do tego zabrać (bo w tym czasie już zdążyłam całkowicie strawić i polubić to co zrobił;)

Oczywiście udzielił mi cennych instrukcji, ale sama też zaczęłam grzebać i doszukiwać się w internecie różnych technik i upiększeń mebli i natknęłam się na farby specjalnie zrobione do mebli- właśnie Annie Sloan. Zaczęłam oglądać różne projekty realizowane tymi farbami, całkiem ciekawe efekty i różnorodne zastosowania, które bardzo mi się spodobały. Jednak gdy zobaczyłam cenę, to pomyślałam sobie "niemożliwe, żeby farba była aż tak droga! Przecież nie jest ona jakaś ze złota. Czy dlatego, że jest angielska?"

Znalazłam sklepik w Paryżu, gdzie można było kupić ją taniej i poprosiłam mojego kolegę Francuza, żeby mi je kupił. Ale ten przyjechał do Polski z pustymi rękoma i musiałam obyć się smakiem. Ten epizod jeszcze bardziej zraził mnie do kupowania jakiejkolwiek farby. A że ze mnie jest straszna Zosia Samosia i nigdy nie odpuszczam, to pomyślałam sobie "A co tam! Jakaś Angielka może, a ja nie mogę?" No i zaczęłam swoje poszukiwania.

              I tak po prostu usiadłaś i wymieszałaś pierwszą farbę?

Nie! Prace nad farbą trwały ponad dwa lata. Po dwóch latach zobaczyłam światełko w tunelu 🙂 i zaczęłam malować meble swoją własną farbą. Wcale nie miałam zamiaru jej sprzedawać. W tamtych czasach malowałam dużo mebli. Malowałam sobie, moim dziewczynom, koleżankom i nawet nie myślałam, by sprzedawać swoje prace. Z czasem kilka moich koleżanek zaraziło się ode mnie i też zaczęły same sobie przemalowywać meble- a ja dla nich robiłam farbę, coraz to nowe kolory.

Oczywiście to nie była jakaś tam domorosła produkcja z przepisów, jakie można znaleźć w necie - ja zawsze do wszystkiego staram się podchodzić profesjonalnie albo nie zabieram się za to wcale.

Z czasem to inni namówili mnie do tego, żeby puścić swój produkt na rynek. Właśnie swoimi ciągłymi pytaniami "Dlaczego nie zaczniesz tego sprzedawać? Jest świetna!" Przypomnieli mi też moją pierwszą myśl -"Jakaśtam Angielka może, a ja nie mogę?" i tak zasiali ziarno. A że księgowanie mi się już znudziło, czytanie ustaw wywoływało we mnie coraz większą senność, to ziarno zaczęło coraz szybciej kiełkować. W końcu pomyślałam - "rzucę tą swoją brudną robotę i wezmę się za malowanie mebli" Robotę rzuciłam, a na malowanie mebli mam coraz mniej czasu;)

Widzicie jakie to proste? - ot, wezmę i stworzę kolekcję genialnych farb;)

Przyznam się Wam do czegoś- kiedy po raz pierwszy się z nimi zetknęłam, stwierdziłam, że coś ponad dwa razy tańsze od wiodących na rynku marek po prostu nie może być równie dobre, musi tkwić w tym haczyk w postaci o wiele niższej jakości. I dość długo trwałam w takim myśleniu. Jednak plan stworzenia własnej pracowni i związane z tym częste zakupy naprawdę drogich farb, kazały mi szukać alternatywy - ale takiej, by nie wpływała ona na jakość tworzonych z ich użyciem prac. 

Nie na darmo na studiach jednym z najważniejszych przedmiotów była logika - nauczyła mnie analitycznego myślenia. Wzięłam na tapetę dwie najpopularniejsze marki, obie wywodzące się z Wielkiej Brytanii, w Polsce dostępne w cenie 120-145 zł. W UK sprzedawane za ok. 19-20 funtów. Trzeba odliczyć od tego marżę stockistów, skromnie licząc myślę, że to ok. 30-40%. Koszt wytworzenia litra farby to jak sądzę ok. 7-9 funtów. Łączne koszty pracy i produkcji często są tam porównywalne z polskimi, wychodzi więc na to, że nie ma nic "podejrzanego" w niskiej cenie farb Vittorino - a różnicę czyni cała polityka firmy i metod dystrybucji. 

Oczywiście nie neguję w żaden sposób jakości farb Annie Sloan czy Autentico - malowałam nimi, a mimo drobnych różnic - to wciąż farby kredowe, którymi malowanie zaczyna mi sprawiać coraz więcej radości. I nie przestanę po nie sięgać, zwłaszcza, że mam na oku kolory, które koniecznie chcę wypróbować - Vert AnglaisAmsterdam Green czy Napoleonic Blue. Jednak gdy znajdę u Agnieszki odpowiadający mi kolor - ani myślę przepłacać;) Co więcej - to polskie firmy mają u mnie zawsze absolutny priorytet:)

A jakie są Wasze doświadczenia z farbami kredowymi?

Lubicie nimi malować czy chętniej sięgacie po akryle?

A może macie swoje ulubione - także niszowe- marki? 

Podzielcie się swoimi doświadczeniami!


You May Also Like

21 komentarze