Przechodzę na weganizm - tydzień 1,2,3.

Niedawno pisałam Wam o tym, jak los ze mnie zakpił, zmuszając do przymusowego weganizmu . Kpina tym większa, że jeszcze niedawno popełniłam taki post (klik). Nic to jednak, od trzech tygodni obywam się bez mięsa i innych produktów otrzymanych na drodze zwierzęcych kaźni, "kradzieży" jajek czy mleka i ogólnie pozyskanych poprzez zadawanie cierpienia braciom naszym mniejszym- obywam się i żyję. 

Nie neguję ideologicznych podstaw weganizmu- jednak nie jest mi z nimi po drodze. Zawsze lubiłam mięso, nabiał itp. - i alergia niczego tu nie zmieniła. Co więcej- nie uważam się za głupią, naiwną, okrutną (dowolne skreślić/dodać) , choć  nie widzę niczego złego w spożywaniu tych produktów. Każdy wybór- czy to jedzenia czy wstrzemięźliwości wobec pewnych rodzajów pożywienia jest dla mnie indywidualnym wyborem danego człowieka i go nie oceniam, staram się też nie komentować (o ile ktoś nie stoi nade mną i nie rozprawia o "kupie padliny" na moim/moich bliskich talerzu).

Trzy tygodnie to za mało, by zaserwować Wam post pod tytułem "co weganizm zmienił w moim życiu", bo zmienił dużo i mało- nadal kupuję mięso, smażę jajecznicę i grilluję pstrąga- z tą tylko różnicą, że nie dla siebie- i w dalszym ciągu zamierzam to robić, bo przymusem zmiany własnej diety nie zamierzam obciążać rodziny. Sama z dnia na dzień przestawiłam się na produkty wyłącznie roślinne. Najbardziej brakuje mi nabiału i jajek, w dalszej kolejności mięsa, najmniej- ryb. Jednak nie płaczę za nimi po nocach- po prostu trochę mi żal, że zamiast kanapki z jajecznicą czy jajek na miękko muszę się zadowolić pastą, np. z czarnej fasoli czy bobu i fety. Komponowanie posiłków tylko na bazie roślin jest trudniejsze i jak na razie jem dość jednostajnie (bo tak najłatwiej, gdy goni mnie czas;). Widzę jednak efekty- nie jest to osławiony na wegańskich forach spadek agresji, cudowna lekkość bytu czy zalew empatii i miłości do świata- może na to za wcześnie;) A więc co? Dokuczające mi swędzące plamy zaczęły znikać już w pierwszym tygodniu- po trzech drobne ranki zostały wyłącznie we włosach. Całkowicie zniknął problem dotychczasowych zaparć i wyraźnie poprawiła się przemiana materii. Wyeliminowałam zupełnie ochotę na słodycze. Czyli sporo plusów. Jednak- choć wierzę, że dieta jest tu pomocna- niezaprzeczalnie mogły pomóc też leki, jakie biorę. Choć muszę wspomnieć, że kiedy w niedzielę zjadłam na próbę kawałek fileta- po około godzinie na przedramionach pojawiła mi się wysypka- zniknęła po nocy. Minusy? Rozdrażnienie, spowodowane głównie tym, że znalazłam się w sytuacji, na która nie mam zbyt dużego wpływu, jeśli nie zrezygnuję z tego, co lubię. 

Podsumowując- nie traktuję alergii jak wyroku. Nie tracę nadziei, że z czasem sytuacja się unormuje i co jakiś czas będę mogła wypić latte bez obawy o wysypkę. Etykiety czytam od dawna, od dawna też staram się gotować i wybierać produkty z pełną świadomością tego, co jem. A że z natury jestem raczej pogodnym człowiekiem- cieszę się, że problemy pojawiły się u progu lata z jego bogactwem owoców, a nie w środku zimy;)

Ponieważ coś muszę jeść, a mam ochotę na rzeczy lekkie- przewijają się wciąż sałatki w najróżniejszych konfiguracjach- często bazą jest sałata lodowa i pomidory, choć równie chętnie sięgam ostatnio po zielone ogórki. Do tego oczywiście prażony z solą słonecznik, ewentualnie dynia i czarnuszka i 1-2 inne dodatki- czasem rzodkiewka, czasem papryka, młodziutka cukinia albo seler naciowy, szczypiorek, cebulka lub czosnek, natka pietruszki albo koperek- a wszystko skropione lekkim dresingiem z oliwy i soku z cytryny:

Owoce też najbardziej smakują mi na surowo, jak dziś- to coś w rodzaju carpaccio z ananasa na truskawkowym przecierze:
100-150g truskawek- zblendowanych lub przetartych na gładko (jeśli przeszkadzają Wam pesteczki)
6 łyżek syropu ryżowego lub z agawy
kwiatki z jednego baldachu czarnego bzu (użyłam suszonych)
1/3 średniego ananasa
2 łyżki soku z cytryny
mięta do dekoracji

4 łyżki syropu mieszamy z sokiem z cytryny i kwiatami bzu. Ananasa kroimy w jak najcieńsze plastry, wkładamy do dressingu i odstawiamy na dwie godziny do lodówki. Truskawki mieszamy z resztą syropu i kilkoma kroplami soku z cytryny (kolor będzie bardziej intensywny. Truskawki wylewamy na talerz, układamy ananasa, dekorujemy miętą (można też dodać ją do dressingu) i cieszymy się smacznym deserem;) A całość oczywiście zapijamy lemoniadą ;)


Kochani, dziś krótko, bo rano czeka mnie wyjazd na długie szkolenie i już mi się nie chce;) Pochwalę się jednak ostatnimi skarbami:) Ktoś zgadnie, do czego służą te drewienka? Mnie musiała oświecić Babcia;)

I jeszcze przepiękna włoska płytka-podstawka pod naczynia- zakochałam się w niej i już;)

Życzę Wam dobrej nocy i sama uciekam, bo rano wczesna pobudka;)

You May Also Like

10 komentarze