100 gram do celu.

Dziewczyny kochane, dziękuję z całego serca za tak wspaniałe przyjęcie mojego małego debiutu:)Każdy komentarz, każde słowo- wszystko przelewa się falami wzruszenia- cudowne uczucie:)
To dzięki Wam się tam znalazłam, ale o tym za chwilę.

Relacje z "Blogowiskowych..." debiutów często czytałam, ale albo ślepa jestem, albo w niewielu z nich znalazła się informacja o sposobie tam trafienia... Właściwie tylko dziewczyny z Addicted to crafts napisały wprost, że nie było to dla nich zaskoczeniem, bo same napisały do Redakcji. I teraz niespodzianka, przynajmniej dla niektórych z Was- większość blogów, o jakich tam czytamy, trafiła na łamy właśnie wskutek zgłoszenia Autorów. Mój także. I wcale nie wstydzę się powiedzieć o tym głośno. To dzięki Wam, dzięki Waszej obecności, komentarzom i mailom odważyłam się na ten krok. Tworzenie bloga sprawia mi mnóstwo radości, ale myli się ten, kto myśli, że posty piszą się same. Sam tekst nie zawsze powstaje przy pierwszym podejściu, wiele czasu zajmuje przygotowanie zdjęć- od zaaranżowania kompozycji, przez wyczekiwanie na właściwe światło czy rozłożenie lamp, aż po ich skopiowanie na komputer i obróbkę. Jeśli dodać do tego dwulatkę w dzień nie pozwalającą mamie usiąść przy biurku- okazuje się, że każdy wpis to prawdziwe przedsięwzięcie;) Choć mam świadomość jego niedoskonałości- jestem dumna ze swojego bloga, traktuję go trochę jak drugie dziecko. I wyrazem tej dumny, mającej źródło głównie w Was, był mail do przemiłej fotoedytorki Mojego Mieszkania, Dagmary Gołębiowskiej.

Ciężko jest się przemóc, pisać o sobie i tym samym poddać się ocenie i to na własne życzenie- dla mnie to było trudne i długo się wahałam. Z drugiej strony- mogło to oznaczać spełnienie pewnego marzenia. Rachunek okazał się prosty- uda się lub nie;) Warto było zaryzykować:)Po co to wszystko piszę? Wiem, że część z Was ma podobne marzenia- czasem macie odwagę o nich wspomnieć, czasem nie. Nie czekajcie, aż spełnią się same, bo w większości przypadków nie zjawi się dobra wróżka, która wszystko odmieni- same możecie to zrobić nie "kiedyś", ale "teraz":)


Stanowczy sprzeciw wobec pączkowego dyktatu pozwolił mi dziś wstać energicznie i wsiąść na rower- stacjonarny, ale zawsze rower. Pociążowe perturbacje tarczycowe nie okazały się łaskawe dla figury, w zeszłym roku udało mi się nawet schudnąć 6 kg, ale to kropla w morzu, która zresztą wróciła z przypływem. Za mało miałam ruchu, by organizmowi przez lata katowanemu milionem diet wystarczyła dziś choćby najzdrowsza. Od niecałych dwóch tygodni znów ćwiczę- wstaję o siódmej i jadę. Obolały tyłek krzyczy, że już dość- nie słucham, pedałuję dalej. Czasem 50 minut, czasem godzinę, dziś 80 minut. Z roweru bardziej spadam niż zsiadam, zgrzytam zębami, pot oczy zalewa, ale się nie poddaję. Na liczniku ubyło 7 kg- motywuje jak diabli, by zrzucać dalej. Nie dałam się Tłustemu Czwartkowi- i jestem z siebie dumna;) Maszerując ostatnio z Balzakiem uświadomiłam sobie rzecz zaskakującą- wystarczy tracić codziennie 100g, tak zaledwie dziesiątą część kilograma, by po roku zebrało się to w 36,5 kg - a to już "COŚ";) Po takim sukcesie pokochałabym siebie miłością niemal bezgraniczną - a więc do dzieła;)

Często mijałam w sklepach fenkuły - nigdy nie trafiły do kosza, znałam je tylko zapiekane i zawsze w czyimś wykonaniu. Jednak śmietanka i parmezan nijak nie mieszczą się w obecnym światopoglądzie, przyszła więc pora na surowiznę.
Łodygi posłużyły za jadalne czarki dla pysznej pasty rybno-twarożkowej - myślę, że to świetny pomysł nie tylko na śniadanie, ale też jako przystawka czy nawet lekkie samodzielne danie. Nie dość, że smakuje, to jeszcze efektownie wygląda:)

Do przygotowania pasty będą potrzebne:

1 średnia (250-300 g) wędzona makrela
250 g chudego mielonego twarożku
pęczek koperku
pół pęczka szczypiorku
Kilka gałązek natki pietruszki
sól , pieprz do smaku
kilka kropli soku z cytryny


Makrelę obieramy, skrapiamy sokiem z cytryny rozcieramy na pastę, dodajemy serek i pokrojoną drobno zieleninę, doprawiamy pieprzem (sporo) i solą (niewiele, makrela sama w sobie jeść dość słona). Pasta będzie równie pyszna, gdy dodamy kawałek drobniutko pokrojonej papryki- czerwonej lub żółtej- zyska też wtedy wizualnie.

Tak przygotowaną pastą smarujemy pieczywo lub nakładamy ją do wnętrza łodygi fenkułu- myślę, że równie dobrze będzie smakować podana na listkach cykorii.





Zakupiłam nasiona- na kiełki i te brakujących ziół, reaktywowałam też swój kuchenny ogródek ziołowy (planuję o nim osobny post:) - pięknie wygląda w porannym słońcu i pachnie nieziemsko:)
























Wprawne oko zauważy, że pierwszy zasiew już poczyniony;)
Kuszą mnie jeszcze tabliczki-znaczniki do ziół - głownie dla ozdoby;)

Ponieważ jutro spędzimy z Mężem cały dzień w pracy- czeka mnie przygotowanie całkiem sporej liczby posiłków - uciekam zatem do kuchni:)

Dobranoc:)

You May Also Like

12 komentarze