Bo ty siedzisz w domu...

Celowo "ty", bo tekst ów rzadko ma coś wspólnego z szacunkiem.

Masz czas urządzać mieszkanie...
Gotujesz, sprzątasz i pierzesz...
Twoje dziecko ledwie rzuci okiem na telewizor, ale czytania domaga się zachłannie...
Partner nie wygląda jak menel spod budki z piwem, ba, nawet o formę ma kiedy zadbać...
Spędzacie czas razem, a nie obok siebie...
Masz pasję i ją realizujesz...
Czytasz książki, a ostatnim obejrzanym filmem nie były "Popioły"...

I mogłabym dalej i dalej rozwijać listę, ale po co?
Wiele z Was po urodzeniu dziecka zostało w domu- z różnych przyczyn.
Jestem niemal pewna, że przynajmniej raz usłyszałyście niby-komplement okraszony ni to wymówką, ni wyrzutem czy nie wiadomo czym jeszcze- "bo ty siedzisz w domu".

Ja "siedzę", dokładnie od 26 miesięcy i 15 dni, choć ową czynność siedzenia właściwego zwykle tylko fizjologia na chwilę mi daje, a całość odbywa się przy akompaniamencie "mamooo, chodź!!!"

Mam ładne mieszkanie, a na okapie nie zalega wdzianko z tłuszczu? No przecież w domu siedzę, a te co nie siedzą, są skazane na bylejakość.
Spędzam czas z dzieckiem, dla męża zawsze znajdę chwilę? Muszę, wszak siedząc w domu o to łatwo.
Czytelniczej przygody nie zakończyłam na szkolnych lekturach? Siedząc w domu mam na to czas.

Reszty przykładów Wam oszczędzę.
Bo drobnym li tylko szczegółem jest, że prowadzę przyzwoicie prosperującą DG, która jest jak drugie dziecko, zwłaszcza gdy chodzi o czas.

Przy dwuletnim dziecku z energią wulkanu o prostej czynności siedzenia można zapomnieć. Zwłaszcza, jeśli chcesz wygospodarować chwilę dla siebie, na drobną pasję czy przyjemność. Och, znam dziewczyny, które po prostu "siedzą"- dziecko w żłobku albo u niani, a one ani nie pracują, ani nie mają własnych zainteresowań, wciąż tylko narzekając na nudę. Nie wnikam i nie oceniam. Sama nie zawsze mam wszystko na błysk, staram się- wychodzi różnie.

Polacy uwielbiają się wtrącać, oceniać, udzielać rad, wnosić swoje błoto w życie bliźniego. I wpędzać w poczucie winy- "ty to masz dobrze, nie to co ja, no ale cóż, mi się tak w życiu nie udało". Winny znajdzie się zawsze- wredna teściowa, krwiopijca prywaciarz, a już najbardziej- parszywy los. Długo, bardzo długo, pozwalałam, by każde moje osiągnięcie, większy czy mniejszy osobisty sukces były kwitowane pogardliwym ""ty to masz szczęście", często z dodatkiem "no bo ty siedzisz w domu". Dawałam się wpędzać w poczucie winy dlatego tylko, że ciężko pracując u boku wspaniałego mężczyzny, a nie życiowego nieudacznika- osiągałam więcej niż inni. Godziłam się na siedzenie cicho podczas tyrady o tym, że inni nie mają w życiu tyle szczęścia, że nie urodzili się w czepku podobnym mojemu, że mi nikt nie rzucał kłód pod nogi. Słuchałam, spuszczałam głowę, a własne małe zwycięstwa widziałam jako niezasłużone okruchy dobrego losu. Gdzieś w głębi powoli narastał sprzeciw, ale tłumiłam go skutecznie. Do czasu. Wybuchłam w końcu, było nieprzyjemnie, bo ludzie nie lubią wyrażonego wprost sprzeciwu wobec ich "głupiomądrości". Jak się poczułam? Świetnie! Od tamtej chwili potrafię być bardzo nieprzyjemna dla takich mędrców. I uważam, że mam do tego pełne prawo. Dlaczego?

Bo manna jakoś nigdy nie chciała spaść dla mnie z nieba.
Bo małżeńskiego życia nie zaczęliśmy w sprezentowanym przez rodziców mieszkanku, tylko na minusie kredytu studenckiego.
Bo dobry wujek Franek nie dał nam ciepłych posadek.
Bo z wielu rzeczy zrezygnowałam, by nasze dziecko miało przynajmniej jedno z rodziców zawsze przy sobie.
Bo zaczynałam- zamiast błyszczeć na forum palestry- sprzedając pietruszkę.
Bo zamiast przeleżeć ciążę- pracowałam, nawet gdy niewiele widziałam zza wielkiego brzucha.
Bo praca przez 361 dni w roku i brak urlopu od 5 lat nie jest dla nas abstrakcją nie do pomyślenia.
Bo tak.

"Człowiek jest kowalem własnego losu" to nie jakiś pusty frazes. Och, zdarzają się sytuacje nieprzewidziane, porażki niezawinione, nieraz w życiu słychać złośliwy chichot losu. Ale to są wyjątki, nie dotykają wszystkich. Miernoty zawsze starają się równać w dół i wciągać we własne bagno wszystkich uznanych za lepszych od siebie. 

To, że sama "siedzę w domu" jest wynikiem świadomej decyzji i wyboru. Mogę sobie na to pozwolić, tak postanowiliśmy i jest to sprawa tylko i wyłącznie moja i męża.  Szkoda, że wokół sporo osób z odmiennym zdaniem;)

Inny ten post od moich dotychczasowych, nosiłam się z zamiarem jego napisania, odkąd przeczytałam przemyślenia Ali (klik) i komentarze pod nimi. Ale zwykle bywam zachowawcza, jak ognia unikam możliwości urażenia kogoś. Dziś w sklepie słyszałam rozmowę dwóch koleżanek- jak sądzę- i to był impuls. Jedna z zajadłym wyrazem twarzy komentowała zawartość koszyka drugiej przeciwstawiając mu własny o połowę mniejszy "dobrze masz, nam się tak nie powodzi", "my ryb nie jemy, bo nas nie stać, nie to co was", "o, widzisz, nawet makaron kupiłam ten tańszy" i na koniec mój ulubiony "bo siedzisz w domu, to możesz sobie sałateczki szykować". Druga stała cicho, mam wrażenie, że z coraz niżej opuszczoną głową, nie odezwała się ani słowem. Ja natomiast z trudem ugryzłam się w język;) Zdziwiło mnie tylko, że w tym pokrzywdzonym przez los koszyku i na wódkę, i na chipsy, a przy kasie i na papierosy znalazło się miejsce...

Dziewczyny, wiem, że wiele z Was nie pracuje- z wyboru, z konieczności. Czytam Wasze blogi, podziwiam piękne prace, zachwycam się dekoracjami i cudownymi wnętrzami. Nie pozwólcie nigdy, by ktokolwiek to bagatelizował, złośliwą krytyką usprawiedliwiając własne lenistwo czy niedbalstwo. Wasze życie- Wasza sprawa. Amen:)

A ponieważ jesteście wspaniałe, a jak dotąd było dziś bezzdjęciowo- dzielę się z Wami swoimi różami:)
Dobranoc:)



You May Also Like

54 komentarze